Recenzja Psalm 69: The Way to Suceed and the Way to Suck Eggs
Długą drogę przechodziło Ministry I tak na dobrą sprawę mało kto kocha zespół za całokształt twórczości wliczając w to pierwsze albumy wypełnione piosenkami a’la Depeche Mode. Jaką pozycję w historii zespołu zajmuje album Psalm 69? Możliwe że tą samą co Vulgar Display of Power Pantery czy Reign In Blood Slayera – kierunkiem który zespół obierał po latach błędów. Jak więc wypada ten album przy innych płytach zespołu? Tak że zwroty inne niż „rewelacja” nie przechodzą przez gardło choć osoby które pierwszy raz stykają się z tym gatunkiem mogą mieć problemy z akceptacją takiej formy przekazu.
To co najbardziej charakteryzuje ten album to fragmenty mowy bezimiennych postaci które, jaki się później okaże, idealnie dopasowują się do tego zlepku muzyki, mowy i gry instrumentów tworząc klimat gęsty jak śmietana. Gorzka śmietana.
Szkoda jedynie że potem nastąpiły dość katastrofalne dla zespołu wydarzenia w tym zbyt długi czas oczekiwania na nowy album przez co część „fanów” zapomniała o zespole a część nie miała zbyt dobrej opinii o kolejnych płytach zespołu.
Moja przygoda albumem zaczęła się w 2004r. czyli już troszkę czasu od jego premiery minęło. Wszystko zaczęło się od jednego słowa które widniało na okładce jakieś prostej budżetowej gry, wyszukania tego w Internecie i odkrycia nowego wymiaru muzyki na niedługo przed poznaniem NIN. Just One Fix bo o nim mowa poraża klimatem i klimatem który tworzy gitara próbująca grać jak w jakimś horrorze klasy A. Kolejne utwory to coraz większa fiksacja (nihilistyczny Jesus Built My Hotrod, Psalm 69, Corrosion) a warstwa tekstowa zanika ustępując miejsca grze instrumentów czy mowie bezimiennych postaci.
Jeśli zespół pragnął zrobić wrażenie na słuchaczu to udało mu się to z nawiązką.
Gwarantuję Ci drogi słuchaczu że pierwsze spotkanie z tym albumem będzie dla Ciebie wstrząsające chyba że nie gustujesz w mocniejszym brzmieniu.
Najbardziej smuci fakt że Al Jourgensen zaplanował rozwiązanie zespołu z nieznanych mi przyczyn.
Tagi: Ministry, Psalm 69, 69, industrial, recenzja
maj 8, 2008 @ 2:14 pm
Ja zacząłem od “House of The Mole” - czyli trochę “od końca” i muszę powiedzieć, że się nie zawiodłem ^^
maj 22, 2008 @ 3:58 pm
Właściwie to nie wiem czy jest różnica w tym odkąd należy słuchać, każdy album różni się tak bardzo że nieważne jest gdzie zacząć jedynie ostrzegam przed słuchaniem pierwszych albumów (słodka elektronika, yuck!).
Dziwią mnie też gromy jakie spadają na albumy Dark Side of The Spoon (Ciemna strona Łyżki, Pink Floyd inspiracją?) czy Filth Pig bo “to nie to samo”. Że są świetne - nie da sie zaprzeczyć.