Przeglądając pokój można znaleźć dziwne rzeczy, jeszcze lepiej gdy jest to pokój nastolatka, który nawet nie będąc bałaganiarzem ma trudności ze znalezieniem swoich rzeczy. Ja znalazłem notes który nazwałem „notesem gracza”. Wrodzone lenistwo, brak pomysłów i oczywiście gry sprawiły że go nie uzupełniłem. Jednak dokładniejsze poszukiwania pozwoliły na znalezienie skrawków papierów z notkami które z pewnością by się do niego nadały.

Ciekawostką (która stanowi impuls dla którego powstał wpis) jest tu „Lista gier które nie dane mi było ukończyć”. Jak ona powstawała i dlaczego wylądowały na niej takie a nie inne tytuły. Przychodzi mi do głowy kilka powodów: nadmiar gier w pewnym okresie czasu (trzymajcie się bo jak wam powiem, że już wtedy zwiastowano śmierć PC to… uh, chyba nie popuściliście w portki?), wygórowany poziom trudności połączony z moim brakiem cierpliwości i nadpobudliwością (typowe w młodym wieku, dlatego byłem dobry w gry FPP) czy zbyt słaby sprzęt. Paradoksalnie to dzisiaj mam najwięcej problemów natury sprzętowej w grach, wspomnieć tylko gry na Unreal Engine 1 czy niedziałające Beyond i Divine Divinity.

Problem z nadrabianiem zalęgłości pojawia się, gdy gra nie jest robiona w DOSie (nie pomaga DOSBox) i działa za szybko/ z artefaktami a na dodatek wymaga akceleratora 3D. Wtedy uruchomienie takiej gry poprzedzone jest mozolną robotą, pod warunkiem że wcześniej nie rzuci się tego w cholerę.

Co obecnie poszło na ruszt w ramach odświeżania klasyki?

Revenant.

Czemu on? Bo ze wszystkich h’n’s ten wyróżnia się systemem walki, dodajmy do tego -rozbudowanej. Zaklikać przeciwnika nadal można ale nie zawsze to działa, co uświadomią nam przeciwnicy wyżsi od nas o głowę, i to niejedną.

Niektórzy nie potrafią się bawić bez alkoholu, najlepiej w największych dawkach kończąc w zgonie który mija następnego dnia (nie licząc potwornego kaca). Coś podobnego przeżywa Locke, tytułowy „revenant”, który sprowadzony z samego dna piekieł nie czuje się ucieszony faktem ponownego przebywania wśród żywych (za to Caleb owszem, nawet bardzo). Tak jak kilka lat później w drugim Gothicu bohater nie pamięta swoich umiejętności, oczywiście wraz ze zdobywanymi poziomami postaci i wizytami u lokalnego trenera, możemy pozwolić sobie na znacznie więcej.

O wizytach u trenera, machaniu drewnianym kijaszkiem jak uczeń i samej walce – jak wspomniałem model walki różni się od zjełczałego modelu w „nowoczesnych h’n’s (dla niepoznaki nazywanych RPGami, oczywiście z porywającą fabułą, blablabla, i będących przeżyciem i doświadczeniem, whateva’…). Prócz wyprowadzania ataków LPM i blokowania mamy cięcie, pchnięcie i blokowanie. Podobnie jak w Gothicu postać jest słaba i kilka wyprowadzonych ataków poważnie ją osłabia. Dlatego trudno ją kwalifikować jako h’n’s ze względu na konieczność skupienia się podczas walki, gdy pozostałe gry z tego gatunku najczęściej pozwalaja się uwolnić od nieprzyjemnego przepływu myśli w kawałku mięsa o strukturze orzecha ziemnego. Słuchaj uważnie swojego nauczyciela, uważaj na pasek staminy,  ucz się doskakiwania i dobieraj przeciwników abyś dotrwał do końca swojej misji.

Bohater nie jest wojownikiem „czystym” i czarować też umie. Czary tworzymy po odnalezieniu stosownej listy i kamyków z symbolami żywiołów czy tworów do których przypisuje się wszelkiej maści bóstwa (Life, Sky, Moon itd.). Po ich złączeniu i wytrenowaniu umiejętności Invoke otrzymuje się nieocenione wsparcie podczas zbierania cięgów, wstrzykiwania trucizn czy pociskania ognistymi kamykami.

Gra jest dość długa i te 35h zlatuje szybko i miło. Co dalej w kolejce? Chyba Evil Island: Curse of Lost Soul, taki mix Commandos z cRPGami drużynowymi. Może będę miał tyle pokładów cierpliwości I pomysłów aby ją ukończyć, oby.

PS. Nie dostałem figurki goblina za pre order Risena to sobie sam zrobiłem. A czemu nie? Niestety dopiero w wakacje nabrało rozpędu ze względu na większy nadmiar czasu (nawet nie licząc roboty w tym czasie).

goblin rush ke ke ke


Przed chwilą udało mi się ukończyć (M)Ass Effect. Gra szczyciła się mianem RPGa więc oczekiwałem dużej porcji rozrywki na długi czas. Dwadzieścia godzin to niewiele jak na grę z tego gatunku.

Syndrom „Miliona Myśli” zaatakował mnie bardzo boleśnie bo ile rzeczy można jeszcze zawrzeć w grze, a jakże to niewykorzystany potencjał… Co ciekawe planowane są kolejne części więc dlaczego by nie zawrzeć tego wszystkiego w jednej części? Patrząc na to z ekonomicznego punktu widzenia ta pierwsza opcja (3 części zamiast jednej) jest lepsza niż jedna, epicka całość. Do czego zmierzam? Ludzie jęczą jakoby w tym przemyśle chodziło tylko i włącznie o pieniądze a „dawniej było lepiej”. Mają rację bo chodzi o pieniądze… Ale czy to oznacza że dawniej robiono gry tylko dla idei? Oj nie sądzę bo młody i zdolny człowiek zrobiłby wszystko aby przeżyć z tego co robi. Tak zrobił John Carmack (i robi do dzisiaj), tak zrobił Bill Gates (także) jak i Miyamoto.

Ileż to razy słyszeliśmy że „dawniej było lepiej” ? Tak mówią ludzie starsi, rodzice, słuchacze, gracze oraz zwolennicy socjalizmu okupujący wiejskie spożywczaki. Jak to jest że istnieją obok siebie ludzie którzy żyją wspomnieniami, plujący na to co niedawno wyprodukowano, opakowane w folię, czasem dorównujące tym co stworzono w epoce tych ludzi. Pierwsze co nasuwa mi się na myśl to przypadek z „Follow the Leader” Korna. Album świetny, dobrze przyjęty przez recenzentów i słuchaczy i… notorycznie opluwany. A to dlatego że nie przypomina tego co zaprezentował zespół na dwóch pierwszych płytach. Dalej – Counter Strike: Source o którym gracze mówią „ niedopracowany, kolorowy, zmieniony w zwykłą strzelaninę(?) z wygórowanymi wymaganiami sprzętowymi”. Inni mówią że to przez trudność w spiraceniu, cenę, i paradoksalnie – lepsze dopracowanie gry (mniej bugów do wykorzystania). Rację mają obie strony ale ta pierwsza nie dopuszcza do swojej świadomości tego że wszystko podlega ewolucji albo ginie, tym boleśniej im mniejszy był stopień zmian. Gracze twierdzą że „dawniej to same hity robiono” co jest wierutną bzdurą bo tak dawniej jak i teraz obok megahitów i klasyków powstawały produkcje godne pogardy i zapomnienia. To co cechuje rynek gier to czas – jeden rok spory kawał czasu a 5 lat to niemal epoka.

Na zakończenie dodam też że dawniej producenci tworzyli gry z myślą o zarobku (zdziwieni?), graczu aby dobrze się bawił przy ich grze oraz o tym jak sprawić by coś tak brzydkiego przyciągnęło potencjalnego nabywcę. Teraz skupiają się tylko na zarobkach…

Oto słynna scena seksu w Mass Effect!

-A Pan, z kim Pan jest? Z X czy Y?

-Z żadną z tych opcji.

-??

-Dlaczego Pan tak na mnie patrzy?

-To że nie można być nigdzie. Musisz mi powiedzieć z kim jesteś!

-Ale z nikim..

-WYBIERAJ K***!

Tak wygląda mniej więcej dialog z typowym obywatelem Polski w sprawach gdy trzeba zająć wyznaczoną pozycję. W zależności od charakteru, zainteresowań, ulubionej drużyny piłkarskiej pozycji w hierarchii czy humoru albo innych czynników dialog wygląda inaczej.

Po krótkim namyśle każdy wie że zajęcie pozycji neutralnej nie daje dodatkowych korzyści ale też dodatkowych kłopotów. Sam staram się taki być gdyż w tym kraju zdarza się że Wybór częściej przynosi Nam straty (z uszkodzeniami ciała włącznie).

Jak to jest być „postacią neutralną”?

Każdy kto grał w RPG (te papierowe i na PC) podczas tworzenia swojej postaci musiał określać jej charakter. Mógł przeczytać przy tym jak działają postacie które otrzymują taki czy inny charakter. Neutralne postacie, jak czytamy, „starają się nie wpychać się w nie swoje sprawy, trzymają się z dala od kłopotów a przy podejmowaniu ważnych decyzji starają się wybierać tak aby ponieść jak najmniejsze straty i ew. mieć jakieś korzyści”.

To jak wygląda taka postać neutralna w świecie współczesnym w nie zawsze pięknym kraju nadwiślańskim? Powiedzmy szczerze, jej życie jest wbrew pozorom dosyć ciężkie gdyż co rusz pojawiają się osoby które każą nam koniecznie zająć jakieś stanowisko. I nie ważne że nic nam to nie daje oprócz kłopotów z tymi którzy mają przeciwne zdanie. Pół biedy gdy te osoby są zrównoważone, najwyżej wyjdziemy na głupka albo odkryjemy niską wartość naszych poglądów które możemy jeszcze zmienić. Gorzej ma się sprawa z tymi którzy nie potrafią prowadzić konstruktywnego dialogu i ich jedynym asem w rękawie (dosłownie) jest szeroki biceps. Nie mogę oczywiście zapomnieć o osobach którzy kurczowo trzymają się swoich poglądów i nieważne że są w błędzie, gadają bzdury wyssane z palca czy to co im wmówiła „góra”. Nie przekrzyczysz takiego i radzę, z całego serca, abyś szybko się oddalił.

Coś o sobie: mieszkam w dość małej miejscowości (ok. 2 000 mieszkańców) otoczonej równie niewielkimi mieścinami. Każdy kto mieszka w takich miejscach wie jak wygląda tzn. typowy przedstawiciel takiej miejscowości. Sam wyróżniam się mocno na tym tle ale to opowiadanie na inny moment… Zamiast napawać się tym co się ma, tym że nie ma tych warkotów pojazdów pod oknem czy tego hałasu człowiek chodzi cały dzień obrażony na świat z postawą niechęci czy ataku. W takich miejscach trudno o konstruktywne rozmowy czy coś tak abstrakcyjnego jak argumenty.

Czasami jednak dochodzę do wniosku że cena tej neutralności jest bardzo wysoka…