Nie ma S.T.A.L.K.E.R.a, nie ma Gothica – nie ma okejki (foch!).

Oczywiście żartuję, napinanie się z takiego powodu jest niestosowne. Praca zrobiła na mnie duże wrażenie mimo tego, że z serią MM nie miałem żadnej styczności. A ogarnięcie jej przed południem i pijąc colę jest trudne.

Reklamy

Majonez

Październik 18, 2010

Nie mam głowy don tytułów. Jak zawsze.

Myliłem się. Myślałem, że tani laptop jest dobrym sprzętem dla starszych tytułów. Dostałem bolesną nauczkę w Evil Islands: Curse of Lost Soul gdzie tekstury znikały na rannych postaciach a gra wieszała się bardzo często (nawet mimo tego, że od uruchomienia gry do sterowania postacią mija 12 sekund to nie polepsza to tragicznej sytuacji). Po pobieżnym sprawdzeniu w Google kilku for dowiedziałem się, że sprawa dotyczy innych starych gier u innych użytkowników. Szkoda.

Teraz zabrałem się za Fallout Tactics którego nigdy nie ukończyłem ze względu na etap w St. Louis (pierwsze spotkanie z Super Mutantami, bez broni ciężkiej!) ale teraz, z drobną pomocą Internetu powinno pójść lepiej. Nie jestem oczywiście bez winy, robienie drużyny snajperów jest zwykłym debilizmem a dalsza gra była niemożliwa, była wręcz koszmarem. Zmienię temat – to co zawsze mi się podobało w FT była animacja a zwłaszcza animacja trafień. Nie chcę wyjść na świra (zawsze gram z poziomem brutalności ustawionym na „normalny” albo „brak”) ale dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak dopracowana jest ta gra. Właściwie nie mogę jej nic zarzucić, a fanboye Fallouta? Nie pogniewali się za bardzo (dobra i tak wszyscy wiemy, że  wtedy Internet w PL nie był tak powszechny jak dzisiaj 😛 ) w przeciwieństwie do Fallouta 3 – niedopracowanego Obka z laserami. Czemu nikt w tej wojence nie wspomniał o konsolowym (!) Fallout: Brotherhood of Steel, strzelance w rzucie izometrycznym (skojarzenia z Baldurs Gate Dark Alliance jak najbardziej słuszne) w której naparzamy w akompaniamencie ostrej gitarowej muzyki?

Anyway, gra jest tak podzielona, że najpierw walczymy ze słabszymi humanoidami (w postaci bandytów) gdzie legendarnym „kałachem” przerzedzamy szeregi wroga. Następnie mutanty (wspomniałem o początku tej przygody wyżej) w okolicach 3/5 gry.  Ostatnie 6 misji to walka z robotami (zostało mi raptem 4 misje i udziela mi się lekkie ziewanie) z pomocą broni energetycznej (nie znoszę tego, że w tej części obrażenia broni energetycznej zwiększają się odwrotnie względem zasięgu).

Zabawa z robocikami jest zabawna. Oni mają broń palną – my też. My je tylko rysujemy – oni kaleczą mój oddział boleśnie. Najmocniejszą dotąd spotkaną maszyną jest wieżyczka z Browningiem. Broń pieruńsko ciężka (amunicja także, jedna seria z karabinu zwalnia 3 funty wagi w ekwipunku).

Zostało mi jakieś 5? 7? godzin gry. Skończę to a potem zabieram się za UFO, ale te 3D a dokładnie Aftermatch. Nie ukończyłem go gdyż po dotarciu do Pewnego Bardzo Ważnego Dla Fabuły Miejsca dostałem sromotny wycisk od intruzów. No co? Mieli rakiety. Plazmowe ale nadal – rakiety

A tu kolejna figurka, zrobiona wyłącznie z modeliny (nie miałem z czego kupić nowej porcji masy modelarskiej więc w ruch poszła modelina).

 

Przeglądając pokój można znaleźć dziwne rzeczy, jeszcze lepiej gdy jest to pokój nastolatka, który nawet nie będąc bałaganiarzem ma trudności ze znalezieniem swoich rzeczy. Ja znalazłem notes który nazwałem „notesem gracza”. Wrodzone lenistwo, brak pomysłów i oczywiście gry sprawiły że go nie uzupełniłem. Jednak dokładniejsze poszukiwania pozwoliły na znalezienie skrawków papierów z notkami które z pewnością by się do niego nadały.

Ciekawostką (która stanowi impuls dla którego powstał wpis) jest tu „Lista gier które nie dane mi było ukończyć”. Jak ona powstawała i dlaczego wylądowały na niej takie a nie inne tytuły. Przychodzi mi do głowy kilka powodów: nadmiar gier w pewnym okresie czasu (trzymajcie się bo jak wam powiem, że już wtedy zwiastowano śmierć PC to… uh, chyba nie popuściliście w portki?), wygórowany poziom trudności połączony z moim brakiem cierpliwości i nadpobudliwością (typowe w młodym wieku, dlatego byłem dobry w gry FPP) czy zbyt słaby sprzęt. Paradoksalnie to dzisiaj mam najwięcej problemów natury sprzętowej w grach, wspomnieć tylko gry na Unreal Engine 1 czy niedziałające Beyond i Divine Divinity.

Problem z nadrabianiem zalęgłości pojawia się, gdy gra nie jest robiona w DOSie (nie pomaga DOSBox) i działa za szybko/ z artefaktami a na dodatek wymaga akceleratora 3D. Wtedy uruchomienie takiej gry poprzedzone jest mozolną robotą, pod warunkiem że wcześniej nie rzuci się tego w cholerę.

Co obecnie poszło na ruszt w ramach odświeżania klasyki?

Revenant.

Czemu on? Bo ze wszystkich h’n’s ten wyróżnia się systemem walki, dodajmy do tego -rozbudowanej. Zaklikać przeciwnika nadal można ale nie zawsze to działa, co uświadomią nam przeciwnicy wyżsi od nas o głowę, i to niejedną.

Niektórzy nie potrafią się bawić bez alkoholu, najlepiej w największych dawkach kończąc w zgonie który mija następnego dnia (nie licząc potwornego kaca). Coś podobnego przeżywa Locke, tytułowy „revenant”, który sprowadzony z samego dna piekieł nie czuje się ucieszony faktem ponownego przebywania wśród żywych (za to Caleb owszem, nawet bardzo). Tak jak kilka lat później w drugim Gothicu bohater nie pamięta swoich umiejętności, oczywiście wraz ze zdobywanymi poziomami postaci i wizytami u lokalnego trenera, możemy pozwolić sobie na znacznie więcej.

O wizytach u trenera, machaniu drewnianym kijaszkiem jak uczeń i samej walce – jak wspomniałem model walki różni się od zjełczałego modelu w „nowoczesnych h’n’s (dla niepoznaki nazywanych RPGami, oczywiście z porywającą fabułą, blablabla, i będących przeżyciem i doświadczeniem, whateva’…). Prócz wyprowadzania ataków LPM i blokowania mamy cięcie, pchnięcie i blokowanie. Podobnie jak w Gothicu postać jest słaba i kilka wyprowadzonych ataków poważnie ją osłabia. Dlatego trudno ją kwalifikować jako h’n’s ze względu na konieczność skupienia się podczas walki, gdy pozostałe gry z tego gatunku najczęściej pozwalaja się uwolnić od nieprzyjemnego przepływu myśli w kawałku mięsa o strukturze orzecha ziemnego. Słuchaj uważnie swojego nauczyciela, uważaj na pasek staminy,  ucz się doskakiwania i dobieraj przeciwników abyś dotrwał do końca swojej misji.

Bohater nie jest wojownikiem „czystym” i czarować też umie. Czary tworzymy po odnalezieniu stosownej listy i kamyków z symbolami żywiołów czy tworów do których przypisuje się wszelkiej maści bóstwa (Life, Sky, Moon itd.). Po ich złączeniu i wytrenowaniu umiejętności Invoke otrzymuje się nieocenione wsparcie podczas zbierania cięgów, wstrzykiwania trucizn czy pociskania ognistymi kamykami.

Gra jest dość długa i te 35h zlatuje szybko i miło. Co dalej w kolejce? Chyba Evil Island: Curse of Lost Soul, taki mix Commandos z cRPGami drużynowymi. Może będę miał tyle pokładów cierpliwości I pomysłów aby ją ukończyć, oby.

PS. Nie dostałem figurki goblina za pre order Risena to sobie sam zrobiłem. A czemu nie? Niestety dopiero w wakacje nabrało rozpędu ze względu na większy nadmiar czasu (nawet nie licząc roboty w tym czasie).

goblin rush ke ke ke

Nie jest tajemnicą że swoja drugą konsolę nabyłem ze znacznym opóźnieniem a granie polega głównie na nadrabianiu zaległości i czekaniem na obniżki (co powoduje pojawianie się kolejnych zaległości). Jest mi to niejako na rękę bo i taniej i z grą nadgryzioną czasem, nie wiedzieć czemu takie bardziej mnie pociągają.

Jedną z takich zaległych pozycji był Too Human. Tytuł na miarę Duke Nukem Forever gdyż premiera gry była często przekładana a rezultat? Tytuł jest dobrym przykładem rozbieżności miedzy ocenami graczy a poważniejszych recenzentów. Ci drudzy oceniali TH nieco powyżej 60% a gracze? Części z nich nie przestraszyły wymieniane błędy, gra tak wciągała że na pewne „problemy” nie zwracali uwagi. Tak było i w moim przypadku, gra spodobała mi się niesamowicie… Swój udział w tym zauroczeniu miały moje zamiłowania do hack’n’slashy (na PC slasherów było jak na lekarstwo) ile fakt, że była to jedna z moich pierwszych gier konsolowych. Niemniej po zapoznaniu się z grą i zasadami bardzo miło spędziłem te 60h ćwicząc wszystkie dostępne postacie, choć pierwszym i poważnym błędem był wybór pierwszej klasy – słabego Strzelca. Słaba walka wręcz i symboliczne usprawnienia walki dystansowej i niska wytrzymałość.

Zbieranie przedmiotów (zastąpione później kolekcjonowaniem schematów konstrukcyjnych i run) trzymało przy ekranie, istniał co prawda rozwój postaci podzielony na dwa drzewka – klasowe i ogólne – ale prócz kilku umiejętności reszta nie była zbyt efektowna w praniu. To właśnie wyposażenie i dbanie o ekwipunek było najważniejsze (jednak porównywanie z Monster Hunterem jest błędem).

A teraz gwóźdź programu czyli walka, która nie polega na nawalaniu (czy jak to się mówi – „mashowaniu”) przycisków a… machaniu gałką. Pomysł genialny wykorzystany został jedynie w serii Skate ale nie moja działka niestety. Najpierw walka w zawarciu: prócz prostych machnięć wykonanych kręceniem gałki o 180º mamy możliwość podrzucenia przeciwnika (obie gałki w kierunku przeciwnika), ataku obszarowego (również obie gałki w kierunku przeciwnika ale z dalszej odległości), ciachania w locie czy używania ataku specjalnego tzn. Ruinera, niszczącego wszystko wokół Baldura (zapomniałem napisać że to bohater którym kierujemy, imię brzmi znajomo dla każdego fana gier cRPG). W zależności od typu przeciwnika obrać inną taktykę np. aby obalić trolla należy uszkodzić części jego ciała i wyposażenia albo zniszczyć osłonę korpusu i wspiąć się na jego grzbiet, gdzie w stosowny sposób go dezaktywujemy. Walka bronią strzelecką jest o tyle trudna, że chmary przeciwników (głównie zombie i gobliny) skutecznie uniemożliwiają ostrzał przez zalanie Baldura swoją liczebnością. Są trzy typy broni strzeleckiej: dwa pistolety, karabiny z granatnikiem (wg mnie stanowią najlepszy wybór) oraz ciężkie działa z wyrzutniami pocisków. Broń tego typu jest użyteczna  w dwóch sytuacjach: ostrzale podrzuconego przeciwnika (taki manewr szybciej ładuje pasek Ruinera) oraz przerzedzaniu grup z użyciem granatnika.

Mamy pięć klas postaci: Czempion o wyważonych cechach (najlepszy wybór na początek), wątłego Berserkera nie mającego sobie równych w walce, Bioinżyniera który prócz umiejętności leczniczych ma niewiele do zaoferowania, Obrońcę o nadzwyczaj rozwiniętych umiejętnościach defensywnych i możliwości noszenia tarcz (które występują w grze z bronią jednoręczną, głównie obuchową) oraz Strzelca który niby ma rozwinięte zdolności strzeleckie i możliwość używania ciężkich dział, wg mnie stanowi najsłabszą klasę ze względu na mizerność „zalet” oraz wątłość ciała.

Wspominałem o wyposażeniu a nie wspomniałem o dodatkach: pająkopodobnych dron, runach, amuletach (charm) i Cyberspace Well (Studnie Cyberprzestrzenne?). Pajęczaki umilają walkę poprzez ostrzał, leczenie, osłonę czy przytwierdzenie do podłoża w roli miny. Okrzyki bojowe wzmacniają wybrane cechy współczynniki, do działania potrzebują tej samej energii co przy używaniu Ruinera. W ekwipunku prócz malowania wyposażenia możemy wcisną w wolne sloty runy, te jednak lepiej posłużą jako elementy Talizmanów. Studnie stanowią integralną część gry, gdzie wśród rajskich krajobrazów ukryte są rzeczy mające niemały wpływ na świat zewnętrzny.

Historia w grze jest… Paradoks polega na tym, że rozwija się powoli a na cztery dostępne plansze – rozdziały dwa mają większe znaczenie w grze. Na dodatek końcówka raczy nas pięknym cliffhangerem…

Na przyszłość radzę nie kierować się ślepo ocenami gdyż mogą wam umknąć smaczne kąski wśród ładnie opakowanych śmieci. Gdybym miał oceniać grę dałbym jej mocną czwórkę.

Recenzja dość mocno wymęczona, trudno opisywać mi uczucia w słowach tak wiec krótka recenzja, może jak coś mnie najdzie to uzupełnię. Sam tekst leży u mnie od 2 miesięcy, nie mam jak i z czym się na nie zabrać…

Opisuję tu dość sporną płytę zespołu,  jednak w porównaniu do tego co można znaleźć w nowszych tworach Black Sabbath płyta „Sabotage” wydaje się niewinnie wyglądającym indywiduum. Które jak najbardziej da się słuchać!  Zmian w warstwie wokalnej nie uświadczymy, czego nie da się powiedzieć o warstwie muzycznej, instrumentalnej która momentami przypomina kiczowatą muzykę disco lat 80, to za sprawą klawiszy Geralda  Woodruffe’a (początek „Am I going insane? (Radio)”, utwór ten wieńczy opętańczy śmiech. Odbiorę to jako akcent humorystyczny…. Dość kuriozalnym pomysłem wydają się chórki w „Supertzar” (nadające w tym samym tonie co gitara!), niby twórcy doom metalu a i tak jakoś człowiek to słucha nadal, i bez zrzędzenia o pomylonych gatunkach muzycznych.

Na początek dobre wejście partii gitar w „Hole in the Sky” i można rzecz, że to stary dobry BS. Podobnie jest w trzecim utworze (poprzedzonym gitarowym „Don’t start (Too late)” ). Pierwsze co się rzuca w uszy to mocniejszy śpiew, czy momentami nawet krzyk Ozzy’ego.

Ciekawie wygląda za to chyba najdłuższy (przynajmniej mi znany) utwór zespołu – „Megalomania” gdzie Ozzy rozpływa się w zachwytach nad sobą, w końcu tytuł zobowiązuje. Zaczyna się spokojnie by przejść do żywszej partii instrumentalnej galopującej przez chwilę, by na końcu śpiewający odpłynął w szaleństwie.

„Thrill of it All” nie wyróżniałby się gdyby nie „partia klaszcząca” dobrze dopasowana do gitar. Ciekawy zabieg na którego można nie zwrócić uwagi za pierwszym przesłuchaniem, jak z chórkami w „Supertzar”. Do tego gitary które momentami są łagodzone klawiszami, działa to jak smoła rozlewana po wybojach na drodze. Czy to moja fantazja czy może porównanie ma wydźwięk pejoratywny – to już zależy od słuchacza.

Ostatni utwór łączy z poprzednim atak śmiechu, sam numer jest dwuczęściowy – mniej więcej w połowie zespół zwalnia byśmy rozkoszowali się delikatnym brzdąkaniem gitarki.

Podsumowując – album jest dziwny – w porównaniu z poprzednimi albumami – ale nie aż tak jak nowsze albumy. W przeciwieństwie do nich słuchanie tego nie jest bolesne 😀

Adnotacja

Marzec 6, 2009

EDIT: nawet na GS robię coraz mniej wpisów. To macie ode mnie BLIPa.

EDIT2[06.04.10r.]: gram.pl, BLIP, last.fm odpuszczone. Oj, źle się dzieje…

Pewnie zastanawiacie się dlaczego nic nie piszę.

Okazuje się że moje życie zostało na swój sposób ustabilizowane i pisanie większych tekstów mija się (na razie) z celem.

Mam 2 niedokończone recenzje, 1 krótką i treściwą ale nie wartą chyba publikacji, oraz 3 teksty.

Dlaczego więc utworzyłem konto na wordpress?

Odpowiedź jest jedna – chodzą (uzasadnione) głosy że inna platforma blogowa – Gramsajty na gram.pl – prawdopodobnie chyli sie ku upadkowi.

Strata takiej bazy użytkowników jest potwornie dotkliwa i w przypadku zejścia gram.pl przerwany kontakt właściwie zostanie stracony. Katastrofa dla mnie niewyobrażalna. I to wszystko po usamodzielnieniu się spółki…

Dalej możecie czytac moje wpisy na gram.pl i póki zyje piszę tylko tam.

Co do rozwiązania spółki – obym się mylił…

4p0calYp5a wg Speca

Listopad 20, 2008

…i przyszedł czas kiedy magiczne, o randze boskiej, MegaHertZe rządziły światem, podwojenie pamięci kosztowało całą pensję a postacie swą kanciastością przebijały klocki Lego.
Kto miał zaszczyt żyć w tych czasach jako pstry smarkacz z pokładami wolnego czasu ten nigdy nie zapomni tej przyjemności obcowania z Grami Video.
Starsi wiekiem i doświadczeniem mówią, że teraz robi się je dla pieniędzy zapominając że w tym samym celu ukazywały się One na światło dzienne dekadę temu, ustrzegając się piekielnego zjawiska fordyzmu.
Albowiem dzisiaj to Najstarsi wiekiem i doświadczeniem rzewnie zapłakali nad swym losem i przyszłością gdyż oto narodził się moloch, tytan Pogardy Umysłu, który obietnicą wsparcia niedołężnych i w potrzebie, ufordyzował dzieło ludzkie Grami Video zwanymi.
Tedy oto poczęły się pojawiać masowo Gry Taśmowe którymi gardzili nawet ich Ojcowie, okazując pogardę wobec Niezyskownych i skazując ich na Skasowanie.
To co wyróżniało Taśmowe to upośledzenie intelektualne tak, aby Graczom nawet nie drgnęła powieka bo gry te elementem Globalizacji jawiły się.
Bowiem ci którzy przeglądali starożytne pisma wiedzą że Czas Globalizacji doprowadzi do śmierci ludzkości, albowiem Gracze i ludzie bez instynktów swoich szybko pomrą w mroku dziejów…